Sudeckość – Zbigniew Piotrowicz

Seria: Literatura górska na świecie

ISBN druk: 978-83-7967-237-0

Epub: 978-83-7967-238-7

Mobi: 978-83-7967-239-4

Ilość stron: 240

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Format:  161×236 mm

Rok wydania: 2022

Cena detaliczna: 49,90 zł

DATA PREMIERY: 6.08.2022 r.

UWAGA: wysyłka zamówienia po dacie premiery!

49.90 z VAT

Produkt dostępny na zamówienie

Opis

Opis 

ZBIGNIEW PIOTROWICZ (1958) – psycholog, taternik, podróżnik, działacz samorządowy, menadżer, ale także stolarz, hodowca owiec, redaktor naczelny „Taternika”, publicysta, bloger, winiarz, pszczelarz, pomysłodawca i organizator Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady w Lądku Zdroju, autor i redaktor kilku książek oraz przewodnika wspinaczkowego po Skałkach Lądeckich, twórca enigmatycznej wytwórni filmowej Lasy Państwowe Forever. Gawędziarz. Czasem wokalista. Mieszka pod lasem w Radochowie w Górach Złotych.

 

Sudeckość, jest słowem, którego nie znajdziemy w słownikach, prowokującym, bez definicji. Może mieć znaczenie wszelakie, ale zawsze związane z  górami, ciągnącymi się łańcuchem 22 pasm na przestrzeni 300 km. To Sudety. Znane i eksplorowane od stuleci. Góry bogate, piękne, tajemnicze, pożądane, z mocno skomplikowaną historią. W  te góry kilkadziesiąt lat temu, jeszcze jako student, wkroczył autor. Po latach opisał swoją życiową ścieżkę, krętą, sudecką. W literaturze górskiej pojawiła się nowa pozycja o nieznanej do tej pory narracji. Czy „sudeckość” w wydaniu Zbyszka jest próbą pokazania rodzącej się od dziesięcioleci wartości i tożsamości regionalnej? Czytelnik znajdzie odpowiedź po wnikliwym przeczytaniu tej pasjonującej lektury. 

Marian Sajnog

 

Fragmenty

Fragment I

Te wakacje zapadły mi mocno w pamięć. Do dzisiaj jestem pełen uznania dla Rodziców, że z dwójką małych dzieci zdecydowali się na tak ekstrawagancki wyjazd. Nie pamiętam, żeby narzekali. Im też się podobało, choć ten namiot, materace, z których wiecznie schodziło powietrze i własna garkuchnia nie wynikały z wyboru, lecz z konieczności. Były wręcz żałosne. Na prawdziwe wczasy nie było ich stać. A mnie się bardzo podobało. Byłem grzecznym chłopczykiem chłonącym świat i wszelkie nowe doświadczenia. Nie wiedziałem wówczas, że ten wyjazd, sprezentowany przez los, to bardzo ważny etap pomiędzy chłodnym wieczorem na szczycie Kasprowego i późniejszą egzaltacją zacinającym deszczem gdzieś w Beskidach. Nie mogłem wiedzieć, że Sudety miały się w przyszłości okazać dla mnie celem tej metafizycznej wyprawy przez życie.

 

Fragment II

Skalny Stół jest miejscem wyjątkowym. Szczyt to spękana kamienna płyta, wznosząca się nad lasem, trochę jak wielki balkon. Tu zawsze, bez względu na pogodę, przysiadałem na chwilę, wiedząc, że już nie muszę się nigdzie śpieszyć. Do celu było tylko pięć minut. Zimą dotarcie z pociągu w Jeleniej Górze do Chatki ukrytej w lesie, pod wierzchołkiem Skalnego Stołu, pochłaniało tyle czasu, że na miejsce docierałem zazwyczaj po południu. Po otwarciu zamarzniętych kłódek i odkręceniu specjalnym kluczem śruby przytrzymującej od wewnątrz metalową sztabę, mogłem wejść do środka. Następną czynnością było odkręcenie wewnętrznych śrub przytrzymujących okiennicę od jedynego okna i właściwie mogłem na chwilę przysiąść. Byłem w Chatce.

Fragment III

Po wieczornym pikniku słońce ukryło się za horyzontem w naszych nogach i zaraz potem wstało nad naszymi głowami. Z drugiej strony Ziemi. To była bardzo krótka noc, jedna z tych, kiedy ciemno jest zaledwie przez pięć godzin i właściwie nie ma czasu aby spać. Takich chwil się nie przesypia. Dla nich się żyje…

Fragment IV

Czesi, choć mieszkają w tych samych Sudetach, ale po ich drugiej stronie, są jacyś inni,. Ta inność, to dość trywialna obserwacja, ale wróćmy do Krecika w psychodelicznej stodole. Przecież my też w młodości oglądaliśmy na dobranoc te same czeskie bajki. Bawiły nas groteskowe dialogi i  absurdalne klimaty. Bawiły, bo rozumieliśmy je. Wcale nie były dziwaczne, przynajmniej wtedy. A teraz zróbcie eksperyment i obejrzyjcie je jeszcze raz. Czyż muzyka w tych filmach nie jest nieco transowa, trochę w stylu ambient? Czy te same opowieści po latach nie zaskoczą was estetyką bliską psychodelicznym podróżom gdzieś w głąb siebie? Odkryjecie, że i Krecik, i Żwirek i Muchomorek, i Makowa (!!!) Panienka, i Wodnik Szuwarek, to skrzyżowanie hipisowskiego odjazdu i hrabalowskiej pochwały zwyczajności, bo ta zwyczajność jest jeszcze bardziej odjechana? Że te filmy świetnie nadają się na ekstatyczną imprezę, na której wynurzenia instruktora bhp w mleczarni są jej niezbędnym dopełnieniem? Powtórzę, Czesi są jacyś inni, ale przecież my też kiedyś dostaliśmy tę estetykę, ten klimat w prezencie i – dorastając – gdzieś to wszystko musieliśmy zgubić. Dlatego psychodeliczne stodoły są u nas wielką rzadkością.